o nas kursy dla firm karty CV enoturystyka wydarzenia czytelnia informator

ďťż
SZKOLENIA DLA FIRM
• Komentowane
  degustacje win

• Degustacje na opak
• Komentowane kolacje
• Indywidualne szkolenia
  winiarskie

• Wyjazdy z winem w tle

KURSY WIEDZY O WINIE
• ENO 1W - info, program
Zgłoś się na kurs
Regulamin ENO1

• ENO 2 - info
Regulamin ENO2/ENO3/ENO4

Archiwum kursĂłw

Numer konta
   bankowego


KURS W PREZENCIE

NAJBLIĹťSZE KURSY PODSTAWOWE
WARSZAWA WARSZAWA
• 14/15 maja 2016 rezerwuj
wolne miejsca: 10
Wino rodziny Guerra
WINOBRANIE '95

Odwieczne misterium
Wojciech Gogoliński

Montina di Torreano, północne Włochy, podnóże Alp. Tuż przed siódmą rano. Kto musi ten wstaje. Ja nie muszę, jestem tu gościem, ale zrywam się jak skowronek. Za chwilę, jak co roku od kilku tysięcy lat, zacznie się najpiękniejsze misterium tego świata. Winobranie.

Razem z Janem, kolesiem z Krakowa, opuszczamy piękny domek, który gospodarze zostawili nam do dyspozycji i pędzimy na dziedziniec gospodarstwa, gdzie zbierają się pierwsi winobrańcy. Zewsząd słychać friulijskie bon di (dzień dobry). Szybko wypijamy małą fliżankę kawy z grappą, która błyskawicznie przywraca jasność umysłu.

Przybyłych obszczekuje kika, pupilek babci, kundelek, który szczeka tylko w dwóch wypadkach: domagając się pieszczot lub gdy ktoś (z wyjątkiem babci) zajmie jej fotel w kuchni.

W pole

Na dziedzińcu jest już Maurilio, przyjaciel rodziny, drwal i człowiek-serce oraz Luciano, którego wyrafinowane polskie przekleństwa (w latach 50. pracował z Polakami w belgijskich kopalniach) uprzyjemniają monotonię pracy w polu. Zjeżdżają się pierwsi brzuchaci Słoweńcy, od granicy mają zaledwie 30 km i korzystają z możliwości dorobienia sobie. Ich szef - zgodnie ze zwyczajem - melduje babci przybycie grupy. Trzeba przecież przygotować posiłki dla odpowiedniej liczby pracowników.

Jeszcze chwila żartów i pakujemy się do samochodów lub na traktory - i w pole. Tniemy najpierw białe owoce, czerwone będą jeszcze musiały poczekać kilka dni, by dojrzeć. Wielkie, mięsiste kiście bardzo drobnych owoców - sauvignon blanc, chardonnay i friulijskiego tokaju - nie sposób rozróżnić, nawet po smaku i zapachu. Rodolfo - szef winnicy - cierpliwie pokazuje mi niezauważalne różnice: kształt kiści, odrostów, liści, kolor owoców. Dalej jednak nie mogę pojąć, dlaczego uzyskuje się z nich tak różne wina.

Z białych (a właściwie różowych) owoców niesławnie wyróżnia się tylko paskudny i złośliwy pinot griggio, nazwany przez nas - nie tylko ze względu na kolor - „myszowatym”. Kiście tej odmiany trzeba dosłownie wydzierać krzewom, które - gdyby nie pyszne wino z tych owoców (ze złości przez dwa dni bojkotujemy je) - dawno poszłyby na opał.

Wolno posuwamy się wzdłuż dwumetrowych rzędów winorośli, ciągnąc za sobą skrzynki, w których lądują kiście. Ręce oblepia gęsta, słodka maź soku. By ugasić pragnienie zajadamy winogrona i pijemy przywiezione przez babcię wino, dużo wina. Nagle za moimi plecami, jak spod ziemi wyrasta Carlo (nazwany przez nas capo), człowiek o energii średniej wielkości elektrowni atomowej, brat Rodolfa, który kieruje pracami w polu. Mrucząc pod nosem przekleństwa idzie moim śladem i docina pozostawione przeze mnie kiście, które umknęły mojej uwadze. Mija mnie jednak bez słowa. Przesłanie zostało zrozumiane, tnę bardziej uważnie i ta sytuacja już się powtórzy.

Caricare na obiad

Co piętnaście minut po kolei biją kościelne dzwony w okolicznych wsiach i nie sposób połapać się, która właściwie jest godzina. Ale wybicie dwunastej Słoweńcy wyłapują bezbłędnie - czas na obiad. Capo rzuca komendę - carichiamo (ładujemy). Razem z Janem i Mauriliem zostajemy wyznaczeni do wrzucania skrzynek na przyczepę (i tak już - niestety - zostanie do końca), reszta jedzie na obiad. Capo (lub dziadek) rusza traktorem, dwóch wrzuca wrzuca skrzynki, a ja na przyczepie ustawiam je w rzędy. Młyn taki, że po chwili zapominam, jak się nazywam. Cała nadzieja w tym, że capo dojrzy jakiegoś zagubionego misia (kiść) i wyskoczy ją obciąć - dla mnie to chwila odpoczynku. Na koniec podchodzi do mnie i z uśmiechem rzuca: tak dziennikarz, przyjemniej pić wino, niż je robić. Nie mam siły się uśmiechnąć.

Przy stole hałas jak w ulu. Friulijski (od dwóch lat oficjalnie uznany za osobny język) miesza się ze słoweńskim i włoskim. W ferworze dyskusji Włosi mówią do siebie słoweńsku, Słoweńcy po friulijsku - typowe pogranicze. Jaka taka znajomość włoskiego na niewiele się zdaje. Babcia z niezwykłej urody żoną capo podają specjały lokalnej kuchni: oprócz obowiązkowej porcji pasty, sznycle, gulasze, leczo - wiadomo, jesteśmy na terenie byłej c.k. monarchii. Do posiłku pijemy wino, dużo wina. Dziadek pilnuje, by go nie zabrakło. Carlo zjada posiłek w ciągu 3-4 sekund i szybko wstaje, zły, że stracił tyle czasu. Na deser ser i salami, no i kawa z grappą, która chroni przed poobiednią sennością.

Narodziny wina

Po godzinie wszyscy wyruszają w pole, ja zostaję, by pomóc Rodolfowi. Przywiezione skrzynki z owocami zrzucamy do maszyny, która miażdży je i odrzuca szypułki. Stąd pompa tłoczy pulpę do wielkiej obrotowej prasy bębnowej. Gdy maszyna jest już pełna, bęben zaczyna się obracać, a jego boki - posuwając się z dwóch stron ku środkowi - zaczynają zgniatać pulpę. Za pulpitem sterowniczym Rodolfo kieruje całą operacją, trwającą - w zależności od odmiany winogron - od 2 do 4 godzin. Sok musi dać wino najwyższej jakości, tłoczenia nie można przyśpieszać.

Z dołu maszyny wycieka lepki, słodki moszcz, który przez sita jest tłoczony do wielkich cementowych lub stalowych zbiorników fermentacyjnych. Wytłoki ładujemy do plastikowych worków, które pojadą do gorzelni, by dać słynną friulijską grappę. Z przejęciem pakuję się na górę zbiorników, by obserwować wypełniający je moszcz. Za dwa, trzy dni w hali zrobi się upalnie, a powietrze przesyci się dwutlenkiem węgla. Żarłoczne drożdże rzucą się na cukier produkując życiodajny napój. Co wieczór będę dotykał ciepłego cementu ścian kadzi i nasłuchiwał odgłosów misterium dochodzących ze środka.

Kolacja

Tymczasem minęła szósta. Z pola zjeżdżają pracownicy i od razu siadają do posiłku. Jemy sery, salami i polentę. Pijemy wino, dużo wina. Winobrańcy rozjeżdżają się do domów, my z Janem jeszcze pomagamy przy tłoczeniu, a potem jemy kolację z rodziną Guerrów. Babcia, dziadek, Rodolfo i Carlo z żoną. Na fotelu kika domaga się pieszczot. Pijemy wino i - jeśli nie jedziemy z Rodolfem na na giro (szczegóły następnym razem) - po drodze do siebie napełniamy jeszcze kilka butelek prosto ze zbiorników, ale nie za dużo. Jutro przecież trzeba wstać wcześnie.

powrót do strony głównej